3 listopada, dzień poświęcenia relikwii Świętego Huberta, to równocześnie święto myśliwych, leśników i jeźdźców, których jest patronem. Na przełomie października i listopada tradycyjnie kończy się sezon jeździecki, a zaczyna sezon polowań jesienno-zimowych.

Według łowieckiej tradycji, myśliwi organizują wówczas uroczyste hubertusowe polowania. Jeźdźcy z kolei Hubertusa świętują urządzając gonitwę za tzw. lisem. Jednemu z jeźdźców przypina się do lewego ramienia lisią kitę, jego zadaniem jest uciekać. Gonitwę wygrywa ten, kto kitę zerwie (równocześnie stając się przyszłorocznym lisem). Jako że świat jeźdźców jest mi o wiele bliższy niż świat myśliwych, hubertusowy wpis postanowiłam poświęcić zwierzętom pięknym, o ile nie najpiękniejszym — koniom. Jak się okazuje, są one inspirujące także dla twórców perfum. Co więcej, chyba żaden inny przedstawiciel fauny nie był muzą dla tylu pachnących kompozycji, co koń. Między innymi dla Liquides Imaginaires Peau de Bête.

Liquides Imaginaires Peau de Bête recenzja

Chyba żaden inny przedstawiciel fauny nie był muzą dla tylu pachnących kompozycji, co koń.

Perfumy o zapachu ciepłej końskiej sierści

Peau de Bête znaczy skóra bestii, skóra zwierzęcia. To pierwszy tom najnowszej zapachowej trylogii Liquides Imaginaires, która nosi nazwę Animal Beauty. Zapach zainspirowany jest koniem czystej krwi arabskiej tuż po galopie. Jego zgrzaną biegiem sierścią, napiętymi mocnymi mięśniami, rozszerzonymi i rozedrganymi nozdrzami. Dotykiem lśniącej, gorącej szyi, którą w nagrodę z dumą i czułością poklepuje jeździec. Piękny obraz, prawda? Kto jednak miał okazję obcować z koniem po biegu z bliska wie, że towarzyszący mu zapach wcale nie jest taki urokliwy. Nie ma obaw, Philippe di Meo stworzył kompozycję, która przedstawia lepszą wersję rzeczywistości. Dlatego dla mnie to raczej zapach konia tuż przed galopem…

Liquides Imaginaires Peau de Bête recenzja

Liquides Imaginaires Peau de Bête to perfumy gładkie i ciepłe jak końska sierść, ale niepozbawione dzikości.

Liquides Imaginaires Peau de Bête recenzja

To jeden z tych zapachów, które „noszą” właściciela, a nie na odwrót.

To perfumy o złożonym składzie. Pełne przypraw, ziół, drewna i nut animalnych. Ciężko wyodrębnić poszczególne składniki, ponieważ tworzą monolityczną i monumentalną wręcz całość. Doszukując się, wskazałabym rumianek, kumin, cedr, wytrawną paczulę i styraks, szczyptę pieprzu. To perfumy gładkie i ciepłe jak końska sierść, ale niepozbawione dzikości. Tej dzikości, którą możemy poczuć w galopie. Dzikości namacalnej, w której możemy uczestniczyć, ale nie możemy jej w pełni ujarzmić. Są linearne, z czasem nabierają jedynie ciepła i ogłady. W ich strukturze brakuje nut serca, środkowych, i jest to zauważalne. Projekcję mają ogromną, doskonałą trwałość. To jeden z tych zapachów, które „noszą” właściciela, a nie na odwrót. Trudny, władczy i intrygujący. Raczej dla mężczyzn i to tych, którym nie brak pewności siebie.

 

Nuty głowy: rumianek niebieski, Safranal, kminek, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuty bazy: drewno cade, drewno gwajakowe, drewno cedrowe z Atlasu, drewno cedrowe z Teksasu, paczula, cypriol, styraks, słodka wiosenna trawa, Ambrarome, kastoreum, cybet, skatol

Twórca: Philippe di Meo

Rok: 2015

 

Myślisz, że spodobałaby Ci się taka oryginalna, animalna kompozycja?